Kolumbia i Peru 2017 – 09 – Lima

Kolumbia i Peru 2017

Zmiana warty i poszukiwania karty ;)

flaga peru
Peru – Lima
13.01.2017
11 627 km

Rano budzę się wyspana – w końcu! ;) Jakoś nie mogę się wygrzebać, idę pod prysznic, robię małe pranie i wychodzę dopiero o wpół jedenastej.
W Miraflores kantory są na każdym kroku. Z tego, co sprawdzałam, kurs jest wszędzie taki sam, również w centrum.
Do El Metropolitano, czyli ekspresowego autobusu, który jeździ z północy Limy na południe drałuję pieszo, choć autobusów i busików kursuje tu multum.
Na autobus trzeba kupić kartę za 5 soli, którą trzeba doładować – jeden przejazd kosztuje zwykle 2,50 soli. W autobusie tłok, mimo, że kursują co kilka minut. A przecież jest koło południa.

Wysiadam w centrum i idę na Plaza de Armas. Za chwilę będzie (jak codziennie w południe) uroczysta zmiana warty przed pałacem prezydenckim. Coś się zaczyna dziać już za kwadrans. Niestety żołnierze pilnują żeby nie podchodzić za blisko płota, więc zdjęć nie ma za bardzo jest jak robić.
Ceremonia trwa jakieś trzy kwadranse i jest bardzo ceremonialna. Na pewno warta zobaczenia! Strażnicy maszerują paradnym krokiem dookoła dziedzińca, grając swoją muzykę. Super! I są w paradnych mundurach, a nieźle jest gorąco. Niby była to zmiana warty, a oni się w ogóle nie zmienili ;)

Idę do Św. Franciszka. O drugiej umówiłam się z Pieriną, więc nie mam już właściwie czasu. Pani chce drobne, a ja chcę zmienić pięć dych, więc rezygnuję.
Łażę trochę po sklepikach i dostaję oczopląsu od tych wszystkich cudownych kolorów. Niedaleko jest też targ z rękodziełem, od którego nie mogę się oderwać. W dodatku spotykam Polkę z córką, która ma męża Peruwiańczyka i mieszka tu już od wielu lat. Mówi, że na co dzień ciężka jest tu rzeczywistość. Szkoda, że nie ma czasu pogadać dłużej, ale muszę się już powoli kierować do autobusu.

Przystanek jest kawałek dalej. Jadę do domu i idę pieszo. Pierina już czeka. Idziemy z psem do parku, a później jedziemy kupić kartę SIM na Plac Waszyngtona (podejście nr. 3). Nie chcę iść w to miejsce, w którym byłam wczoraj, na szczęście za kawałek jest koleje – budka z telefonami z okienkiem na ulicę. Stoimy tam i stoimy, na szczęście w końcu karta została kupiona. Ufff, nareszcie! Ale Pierina musiała dać swój dowód i odcisk palca. Wracamy do domu.

A ja wracam do centrum, bo co mam tu sama robić? Miałam nadzieję, że zdążę jeszcze do Św. Franciszka (coś mnie wołają te katakumby ;) ), ale niestety jest już na to za późno.
No więc idę na targ rękodzieła poszukać jakiś koszulek. I do marketu kupić jakiś szampon. Mały. Jeden znalazłam, ale kod nie wchodził, wiec wyszłam bez.
Czas już najwyższy wracać do domu, bo z Pieriną umówiłam się na siódmą. I tak już nie zdążę, bo na to wszystko jeszcze autobus jak na złość nie chce przyjechać. Jadą pod rząd trzy A i jeden C, ale tak napchany, że szpilki nie dało się wcisnąć. Potem długo długo nic i znów trzy A i w końcu B. Też szpilki się nie dało wcisnąć, ale ja się wcisnęłam, bo nie miałam wyjścia. I za karę nogę mi przytrzasnął ;)

Lima jest bardzo zatłoczona ogólnie, a teraz pewnie są godziny szczytu, więc mało fajnie. W końcu w domu ląduję koło ósmej. Pieriny jeszcze nie ma, a ja muszę wyjść z psem.
W końcu pakuję rzeczy, zamawiamy taxi (Green Taxi przez aplikację), która zabiera mnie do Callao za 30 soli. Kierowca próbuje omijać korki jakimiś uliczkami. I weź się tu człowieku nie denerwuj, jak się naczytałeś o porwaniach turystów przez taksiarzy! Chyba nie bez powodu Pierina prosi, że mam jej koniecznie dać znać gdy dojadę. A poza tym jestem cały czas na łączach z osobami, z którymi mam się spotkać.

Omijanie korków skutkuje tym, że zakopał się chyba jeszcze bardziej. Więc podróż trwa godzinę, ale w końcu docieram do hotelu, w którym czeka na mnie reszta ekipy. Hotel przy lotnisku, żeby rano było bliżej.
Wszyscy wszędzie piszą, że to niebezpieczna dzielnica. Kierowca zamyka szyby pomimo ciepełka, więc może coś w tym jest? Spotkanie z ekipą to był dość niepewny punkt programu (w końcu piątek, trzynastego ;) ), ale na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem. Hostel może być, chwilę gadamy i idziemy spać, bo rano wcześnie pobudka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *